Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Dowiedz się więcej Rozumiem
Powiększ: A A A
A A A A A
Biuletyn informacji publicznejwybory 2018rodoProfil zaufanyPlan zagospodarowania przestrzennego - interaktywna mapaostrzezenia meteoZajęcia na orlikach - informacjeJustyna Kowalczykgmina w obiektywie.htmlLokalna Grupa DziałaniaznpOdkryj Beskid WyspowyUniwersytet III wieku

Podania i legendy z Gorców


Podania i legendy z Gorców

 

Bulanda i złodziej

Było tak: Bulanda z Lubomiyrza, tyn carownik, pojechoł do Msany końmi na jarmak. We Msanie kupił ryfy z zelaznym łokuciu. Przyjechoł na Górno Msano do Zyły. U Żyły była karcma. Stanoł przed karcmom, doł koniom siana i wloz do karcmy wypić piwo albo rum. Zakiela siedził w karcmie, jechoł z Półrzycek taki Jasiek Kosmol. Silny chłop. Uwidzioł – ni ma nikogo. Wzion te ryfy z Bulandowego wozu na swój, pośmigoł konia i ucik. Ukrod. Ale on nie wiedzioł, ze to som ryfy Bulandowe. Bulanda wysed na pole, ryf ni ma! Ktosik mu godo: - Hej! Ukradli wom ryfy. Bulanda godo: - On ik ta łodniesie! Przyjechoł Bulanda do chałpy, wloz do kumory. Tam mioł jakiegosik Jasia, diabła. Godo: - Jasiu! Powiydz ta tymu złodziejowi, niek mi łodniesie ryfy i to dziś. Bo mi potrzebne.

Jakiesik duchy, diabły łaopyntały tego Jaśka Kosmola na tyk Półrzyckak. Wzion  ryfy na ramio i z Półrzycek niesie na Lubomiyrz. Tam do Pnioków, do góry, ale niesie. Wysed hań na Wiyrzbiynico. Z ramiynia sie krew leje, ale sie nie do odpoconć, ino się niesie. Nie dało mu połozyć na ziymi. Przyniós Jasiek ryfy  na Lubomiyrz do Dziedziny przed Bulano. Trzymo na ramiyniu. A Bulanda wysed z chałpy, tyn carownik, i godo mu: - Połózze Jasiu na ziymi, połóz, bo ci już krew z ramiynia kapie. A wiyncy nie bier, nie kradnij!

Jasiek połozył ryfy, obłapił Bulando za nogi i godo mu tak: - Zebyk krzesny łojce wiedzioł, ze to Wase były, to byk nie broł. Przeboccie! A Bulanda do niego: - No, mos Jasiu scynście, zes nie wiedzioł, ze to moje. Bo jakbyś wiedzioł, ze moje, tobyś na kolanak te ryfy z Półrzycek przyniós i stela byś seł na Półrzycki na kolanak. Ino ześ nie wiedzioł, ze moje, idzze spokojnie. A na wincy razy nie bier nikomu nic! Pamintoj, ze kradziono rzec jest ciynzko. Tak się łoześli.

 

ryfy w zelaznym łokuciu – drewniane koła do wozu okute żelazem

zakiela siedzioł – kiedy siedział

kumora – komora, pomieszczenie służące do przechowywania zboża i co cenniejszych sprzętów

wysed hań na Wiyrzbiynico – wyszedł na Wierzbienicę (grzbiet nad Lubomierzem, za którym leżą Półrzeczki)

zebyk krzesny łojce wiedzioł – gdybym, chrzestny ojcze wiedział („chrzestny ojcze” to zwrot wyrażający głęboki szacunek, niekoniecznie rozumiany dosłownie)

kradziono rzec jest ciynzko – kradziona rzecz jest ciężka

 

Powyższy tekst w gwarze z północnych stoków Gorców  to opowiadanie o Bulandzie, którego autorem jest Stanisław Kurek „Błazek” z Koniny, znany gawędziarz ludowy, laureat „Sabałowych Bajań” w Bukowinie Tatrzańskiej i „Limanowskiej Słazy”. Przedruk z dwumiesięcznika „Zgoda”.

 

 

 

Bulanda

Jest to przydomek najsłynniejszego gorczańskiego bacy, Tomasza Chlipały, który pochodził z osiedla Bulandy w Szczawie. W 1853 r. ożenił się z Marianną Wojtyczkówną z Lubomierza i osiedlili się w tej wsi.  Przez ponad pięćdziesiąt lat bacował na Jaworzynie Kamienickiej, zdobywając sławę czarownika i znachora.  Porad udzielał nie tylko sąsiadom, lecz i przyjezdnym z odległego Krakowa czy Warszawy. Znajomość ludowej medycyny i weterynarii sprawiła, że z jego usług korzystał nawet miejscowy ksiądz. Z datków, które zostawiali mu ludzie, ufundował dwie kapliczki, jedną w Lubomierzu, na osiedlu, w którym mieszkał (u Dziedziny), druga na polanie, gdzie bacował. Z jego osobą wiąże się kilka legend. Kazimierz Sosnowski nazwał go „Górzeckim Sabałą”.

 

 

Z Władysławem Orkanem przez Gorce

Mijając osiedla wkraczamy do puszczy, która każdy odbiera po swojemu, w zależności od swojej wrażliwości, wyobraźni i pory dnia. Orkan wielokrotnie przebywał tę drogę w dzieciństwie, pasąc ojcowe woły na śródleśnych polanach. Tu właśnie umieścił akcję kolejnej powieści – Drzewiej.

Słowo „drzewiej” oznacza tyle co: dawniej. Miała to być powieść odtwarzająca czasy początków osadnictwa. Puszcza była dla Orkana miejscem ucieczki od nieznośnej rzeczywistości w krainę baśni. Nie tak to dawno, jak tu lasy były wokół – żywej duszy człowieczej, jeno zwierza pełno. Przyszedł nareszcie w te strony człowiek skądś z dalekiego światu, wyrąbał kawałek lasu i tu się pierwszy osiedlił. Miał on dwóch synów i jedną córkę. Córka owce pasła, synowie ziemie uprawiali, a stary ojciec koło ulów chodził. A że co się nic nie dzieje!... Ci dwaj bracia, skoro im przyszedł czas się żenić, zamiłowali się na zabój w tej jednej siostrze. Taka jest pokrótce treść powieści, mającej dziwne zakończenie. Jedyna dziewczyna w okolicy, Jewka, mówi do swoich braci Prokopa i Daniela:

Od obu was zaznałam dobroci.
Obu was widzę mile…
Lecz kto mi przyniesie kwiat paproci,
Ku temu serce przychylę….

Kwiatu paproci się nie doczekała, ale czas, w którym się rzekomo nic nie działo, był czasem borykania się z codziennymi problemami. Prokop przemierzał puszczę w poszukiwaniu krowy Cisawej, która straciła się podczas burzy. W końcu znalazł: Oto cisawa, nogami przednimi zaryta w ziemię, trzymała przystuszonego rogami do pnia wilka… Wszystkie żyły podskórne jej wystąpiły, jak postronki hrube, od wysiłku. Pod nią, na kolanach przyklękłe, ssało ją cielę. Wilk już dawno widać zdechł – lecz nie popuszczała go, bo gdy zelżyła nieco w przesileniu, a wilk osuwał się po pniu ku ziemi, zdawało jej się, ze żyje, i znów wzmacniała przyparcie.

Te dramatyczna scenę z cielną krową broniąca się przed wilkiem umieścił autor w okolicy Kopieńca, który mijamy, wędrując na Limierze, a później przez Szyje i Czoło Turbacza na sam szczyt Turbacza. Z tymi okolicami wiąże się dużo lokalnych gawęd o bacach, którzy tutaj gazdowali. Oto jedna z nich:

Dawno, kiedy pasło się łowce po polanach Turbacza, był se pewny gazda, co posał w rymbach. Siedział se w kolybie, gotował w kotle włode na łoscypki, a temczasem zbój go pooglądał. Zbój ten polecioł do bandy. Przybiega na wierch skały, gdzie siedziała cała zgraja zbójów i godo do hetmana:

- Hetmanie pasie se haw gozda we wrymbie i gotuje łoscypki.

A zbójcy byli głodni, to kozali mu iść do gazdy po łoscypki. Ten posed. Wychodzi z krzoków, a gazda widzi, że idzie zbójca, ale ino jeden. A zbójca ozwał się w te słowa:

- Dajcie mi łoscypków, bo jak nie docie, to przyjdzie reszta i będziecie żałowali.

Ale gazda mu nie wierzy i goda, że nie będzie na nich robioł i wybił zbója. Ten sie brał do krzyku, ale uciek do hetmana. Ten wzioł zbójów i poszli pokazać gaździe. Zaszli i pytali:

- Czemuzeście nie dali łoscypków?

Gazda nic nie godał. Hetman rozkozoł zbójom wziąć gazde i włożyć do wody, która się w kotle parzyła na łogniu. Zbóje usłuchali hetmana i włożyli gazde do kotła. Zbójcy posli i idąc spotkali górali, którzy jedzenie i picie nieśli do gazdy. Hetman goda, ze im się gazda w kotle gotuje. Oni polecieli do wrymbu, podlecieli do gazy i wyciągli go z kotła.

Takie to opowieści chodza po dziś dzień między zagórzańskim narodem. Turbacz zawsze kojarzyć mu się będzie z wypasem owiec na tamtejszych halach.

(…)

Z Turbacza możemy iść czerwonym szlakiem  w kierunku Obidowca. Tam też przed laty spotkalibyśmy ciekawych ludzi. Oto idą do Poręby Honorka z Zośką, w odświętnych kolorowych chustach i szerokich spódnicach, i brat Zośki Franek, również w wyjściowych portkach i koszuli, ze swoją wybranka Hanką.

Słońce już czerwonym kołem sparło się na ramieniu Babiej Góry…

Wartko! – przyspieszał Franek. – Bo wnet może zajść i nie ujrzymy.

Sam lekko przeskakując powalone głazy, podając rękę Hance, gdzie większe zwaliska. Nikt już nie mówił nic. Niewiastom pot zalewał oczy, dyszały głośno, lecz nie ustawały…

Nareszcie! – krzyknął Franek, stojąc na polanie. – Ale jeszcze do wierchu spory kęs… Przynajmniej głazów nie ma i nie tak skalisto…

Oddychli na jeden moment i szli dalej wartko, bo już daleko lekcej było iść po trawie miękkiej. A dochodząc do wierchu zaczęli prawie biec – serca niewiast biły mocno – Franek płomieniał. Pierwszy też dobiegł szczytu i z tryumfem szczerym olśnionych dusz zawołał:

Tatry!...

Stały przed nim w ogniu zachodzącego słońca – olbrzymie, krwawe. (…) Podnóża ich zastępowała góra przeciwległa i nie widać było, skąd wyrastają. Zdawało się, że za tą górą morze się rozlewa – i one wyskakują z niego prosto w niebo ogromem rdzawych ścian porysowanych, przebijających błękit w górze ostrymi szczytami.

Kim była garstka młodych ludzi, szczęśliwych, że ujrzeli Tatry? To bohaterowie powieści Orkana W roztokach, pątnicy z Przysłopia. Święta oczywiście rada starszych przypadła do serca wszystkim i chodzili do Ludźmierza, nie ciążając sobie drogi, na każdy odpust. A chodzili, jak się rzekło, przez wierchy wysokie, przez Suhorę, Obidowiec, Turbacz i Kotlarkę, albo jak częściej, przez  Tobołów, omijając Turbacz.

W tamtych nie tak znowu odległych czasach rodzima ludność przemierzała Gorce zapewne nie dla turystycznych celów. Bo to czy na woły spiskie do Nowego Targu, czy na odpust do Ludźmierza, czy też kany indziej, zawdy uciążliwość wielka spinać się po górach. Latem jeszcze jak latem, ale w zimie, jak padnie na okrutne zaspy… Niejeden już tam znalazł śmierć swoją na wierchach, niejednego bielutka mogiła nakryła, żeby mu się dobrze spało na wiek wieków wieczny. Nie było mowy o wędrówce dla przyjemności, odpoczynku, czy satysfakcji.

(…)

Koninian zawsze fascynowały głazy i jaskinie, do dziś opowiadają o nich gawędy.

W okolicy Turbacza był ogromny kamień, który otwierał się w palmową niedzielę. Pod nim były pieniądze diabelskie, które diabli przesuszali właśnie tego dnia. Kto chciał je zdobyć, musiał tu wtedy przyjść z niewinnym dzieckiem. Tak zrobiła pewna kobieta z Koniny. Gdy kamień się otworzył, weszła z córką. Zgarniała pieniądze do spódnicy i wynosiła na zewnątrz. Wtem kamień się zamknął, a dziecko zostało. Kobieta czekała cały rok, aż się znowu otworzy. Tym razem nie myślała o pieniądzach. Porwała dziewczynkę i uciekła, by nigdy tu nie wrócić.

 

Szczytem wyjątkowo bogatym w skały jest Kudłoń. Naznosili je diabli z Tatr. Nieśli je na Lubomierz, żeby rozwalić budowany tam kościół, na który czarownik Bulanda ofiarował dużo pieniędzy. Nie dotarli jednak do celu, bo pod Kudłoniem zrobili sobie odpoczynek, a tymczasem zapiał kogut na przedpołudnie. A jak kogut zapieje, to diabły wszelką moc tracą i kamieni już nie udźwigną. I stąd tatrzańskie skały stoją po dziś dzień na Kudłoniu.

 

Teksty za: Przewodnik GORCE dla prawdziwego turysty, Oficyna Wydawnicza „Rewasz”, Pruszków 2004